Wychodzę z założenia, iż wszystko jest dla ludzi. Nie
stronię od dobrego jedzenia (niekoniecznie do końca zdrowego), nie stronię
również od alkoholu. Swoją drogą nie znam zbyt wielu osób, które by całkowicie
zrezygnowały z trunków alkoholowych. Wszak nie chodzi tu tylko o piwo i wódkę
ale to właśnie tym dwóm produktom chciałbym poświęcić ten wpis.
Zawodowym sportowcem raczej nigdy nie zostanę. A w tym
przypadku restrykcyjne zasady przestrzegania diet są pewnie trochę bardziej
wyśrubowane. Osobiście nie wyobrażam sobie żebym kiedykolwiek musiał
zrezygnować z niektórych kulinarnych przysmaków tudzież napitków. Jednakże są produkty, których lepiej się
wystrzegać całkowicie albo chociaż ograniczyć je do minimum. O zgubnym
działaniu nikotyny nie będę się wypowiadał, bo to dość oczywiste, choć
przyznaje - sam kiedyś kopciłem jak smok
(być może napiszę o tym parę zdań przy innej okazji). Schody zaczynają się w
momencie pójścia na imprezę / do lokalu / podczas spotkania z przyjaciółmi itp.
Być może dziewczyny mają troszkę łatwiej. Z tego co zauważyłem płeć piękna rzadziej
sięga po trunki alkoholowe. Faceci
natomiast pewnie bardzo dobrze mnie zrozumieją. Tak więc jak już znajdziemy się
między przysłowiowym młotem a kowadłem, to co wybrać? Najlepiej całkowicie
zrezygnować i cieszyć się dobrym samopoczuciem na dzień następny, bez kaca
fizycznego, moralnego, bez bólu głowy oraz bez poczucia wiotkości i
zobojętnienia na wszystko co nas otacza. Dobrze jednak wiemy, że to nie takie
łatwe, tym bardziej jak zapowiada się na naprawdę "grubą" imprezę.
Przechodząc do sedna: z dwojga złego lepiej wybrać piwko. Owszem, kieliszek
wódki raczej nigdy nikogo nie zabił ale tu można się szybko zapomnieć i
zagalopować. Wódka to nic innego jak puste kalorie, a w dodatku trunek ten nie dość że wypłukuje witaminy i mikroelementy z
organizmu to ścina białko i odwadnia. Reasumując - prócz zdrowej
"najebki" nie niesie ze sobą żadnych korzyści. Tak więc lepiej
sięgnąć po 2-3 piwa, lekko się podpić przy tym pobawić ale mieć spokój na dzień
następny. Tym bardziej jeżeli planujemy trening.
Ja niestety wczoraj popełniłem błąd i sięgnąłem po większe
zło. Efekty podczas dzisiejszego biegu były opłakane. Forma na którą pracowałem
około miesiąca poszła w zapomnienie. Dystans który ostatnio nie sprawiał mi
większych problemów dzisiaj okazał się istną katorgą. Na dobrą sprawę nie
nazwałbym tego raczej biegiem a niedzielnym truchtem połączonym ze spacerem. Mam nadzieję, że to przykre doświadczenie
czegoś mnie nauczy i następnym razem ciut rozważniej podejdę do tematu imprezowania
oraz planowania treningu na dzień następny. A jeżeli już nawet takowa okazja
powtórzy się ponownie lub ktoś z Was będzie w podobnej sytuacji, to mam dwie
rady:
1) Nie forsuj się! Organizm jest zmęczony, bebechy pewnie
musiały się napracować aby przetrawić spożyty alkohol. Zapewne wróciłeś również
późno do domu - zadbaj o dobry sen, zamiast się katować. Jeżeli już decydujesz
się poruszać to śmiało. Zaplanuj optymalną trasę, by wypuścić z siebie pierwsze
poty i wypocić wczoraj spożyte świństwo. Jednakże wszystko z głową i rozwagą.
2) NIGDY NIE SIKAJ POD WIATR!
Poniżej trasa z dzisiejszego biegania. Gdybym miał ją zaplanować i przebyć jeszcze raz z chęcią skróciłbym ją o połowę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz